Pro-stytucja i pro-fesor

U was w Polsce to się dzieje, kurczę, ciekawie macie.

W Holandii chwilowo dosyć nudno na wszystkich frontach oprócz kryzysu finansowego. Główne informacje w De Parool dotyczą festiwalu alternatywnego Robodock (wybieram się), przyjazdu Gotye do Amsterdamu (nie wybieram się), ochłodzenia po weekendzie, a najciekawsza informacja o treści obyczajowej to ta, że nastolatki-ofiary przemocy domowej muszą czekać latami na pomoc psychologa i grup wsparcia, bo brakuje pieniędzy w budżecie Amsterdamu.

Tymczasem w gazeta.pl na froncie od razu marsz z pochodniami (jako piroman popieram wszelkie marsze z pochodniami i żałuję, że tu się nie odbywają), a w artykule nt. wyroku w sprawie TV Trwam nieomal na boku rozmowa o narkotykach i prostytucji. No proszę. To w sumie takie drobiazgi, tematy nieważne i drobiazgi, że nawet nie ma co w tytule wspominać, o ileż ważniejsza jest TV Trwam na multipleksie. (Co to jest ten multipleks i czy naprawdę większość abonentów Trwam nie poradzi sobie bez niego?)

Największe głupoty mówi pani Marzena Wróbel z Solidarnej Polski. (Nie wiedziałem, że na tej kanapie jest ktokolwiek oprócz Ziobry, ale okazuje się, że ta „partia” ma co najmniej dwoje członków!) Zgadza się z nią rzecz jasna Ryszard Czarnecki (w tym tygodniu PiS). Nie zgadza się oczywiście Iwiński z SLD, a najbliższy moim poglądom na wszystkie wymienione sprawy jest Robert Biedroń. Innymi słowy, w radio nadano program „Ranni Politycy”, w którym nie powiedziano nic nowego, nikt nikogo nie przekonał, nie nastąpiły żadne zmiany, ale przynajmniej przez godzinę czy dwie dziennikarz TOK FM zarabiał na utrzymanie rodziny i to jest plus dodatni.

*

Profesor Wojciech Cellary stwierdził niedawno, że etat jest czymś, z czym się niedługo pożegnamy już na zawsze. Profesor, rzecz jasna, pracuje na etacie jako kierownik Katedry Technologii Informacyjnych na Wydziale Informatyki i Gospodarki Elektronicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Zwraca on uwagę na pewną zmianę, jaka się dokonała w ubiegłych latach:

Dziś mamy na rynku ludzi wykształconych. 50 proc. młodych ludzi studiuje na wyższych uczelniach. Noblesse oblige – szlachectwo zobowiązuje. Młodzi ludzie z wykształceniem uniwersyteckim nie mogą się spodziewać, że ktoś się będzie nimi opiekował, jakby ich od pługa oderwali. Nierealne jest oczekiwanie, że dyrektor firmy będzie jak dobry tatuś. Że powie: „Tu masz stały etat, masz rzetelnie pracować, a ja ci będę płacić, a skąd się te pieniądze biorą, to już ty się nie martw”. [...] [Absolwenci] błędnie sobie wyobrażają, że będą pełnili taką samą funkcję społeczną, jaką pełniliby w gospodarce industrialnej. Tylko wtedy było 5-10 proc. ludzi z wyższym wykształceniem, a za chwilę będzie 50 proc. Połowy pracujących nie można utrzymywać w sposób, który nie jest związany z przedsiębiorczością i użytecznością, dla samego faktu, że są wykształceni. Żadna gospodarka tego nie wytrzyma. Socjolog to brzmi dumnie – kiedyś socjologów można było policzyć na palcach jednej ręki. Ale 100 tys. socjologów? Ile każdy Polak musiałby zamawiać badań socjologicznych i płacić za nie, aby 100 tys. socjologów miało godziwe pensje?

To wszystko jest prawda. Tyle, że etaty są PO COŚ.

Narzeka się w Polsce na to, że za mało dzieci się rodzi. Jednocześnie próbuje się zakazać in vitro, odmawia się zajęcia konwencją o zwalczaniu przemocy wobec kobiet, a rynek i kapitalizm zostawia samym sobie, żeby się regulowały, bo inaczej, to będzie komuna, a komuna to zło. Czyli rząd robi to, co zwykle i czeka cierpliwie, aż przyniesie to inne efekty, niż zwykle przynosi.

Reforma emerytalna jest niezbędna i denerwują mnie protesty przeciwko niej, ponieważ nie mają żadnego sensu. Tyle, że to nie jest jedyna niezbędna reforma, którą powinien się zająć rząd. Jest też KRUS, górnicy, edukacja, medycyna, związki rejestrowane/małżeńskie, konwencja o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet… Co więcej, ostatnio nawet sam Aleksander Kwaśniewski dokonał wielkiego odkrycia, że polskie prawo karze posiadaczy narkotyków, dealerów zostawiając w spokoju i może to nie jest tak do końca samo dobro.

Ryszard Czarnecki o prostytucji ma do powiedzenia to:

Legalizacja to de facto akceptacja. Po drugie, to, że coś istnieje wiele lat, nie oznacza, że jest dobre i trzeba to legalizować.

No nie oznacza, ja też uważam, że kościół katolicki powinien zostać zdelegalizowany jako niebezpieczna sekta, a jednak nie dość, że to nie następuje, to ich symbole wiszą w Sejmie, ich rytuały chronione są prawem, etc. Tyle, że jak widać dotychczasowa taktyka walki z prostytucją nie działa. A nie działa po części dlatego, że żadnej stronie do końca nie zależy na tym, żeby prostytucję zwalczyć. Pani Marzena Wróbel wygaduje potworne głupoty, mówiąc:

Prostytucja niszczy życie społeczne i rodzinne i trzeba z nią walczyć pod względem instytucjonalnym i moralnym. Prostytucja uderza w najczulsze, najbardziej delikatne więzy międzyludzkie – oponowała Marzena Wróbel z Solidarnej Polski. – Trzeba ścigać sutenerów, pomóc tym kobietom, często zniewalanym, które, gdyby miały jakiś wybór, to w 99,9 proc. przypadków zrezygnowałyby z tej pracy – dodała.

Po pierwsze primo, to nie prostytucja niszczy życie społeczne i rodzinne, tylko osoby korzystające z usług prostytutek same niszczą swoje życie społeczne i rodzinne. Po drugie primo, w najbardziej delikatne więzy międzyludzkie uderza raczej zakaz rejestracji związków osób homoseksualnych, a nie prostytucja. A po trzecie primo, nie ignorując rzecz jasna istnienia zjawiska handlu kobietami i zniewalania, pozwolę sobie zapytać, skąd też pani Wróbel wzięła liczbę 99,9% przypadków i czy aby podpowiedział jej tą liczbę jej palec wskazujący, przebadany metodą ssania.

Pewne zjawiska generalnie rzecz biorąc występują, ponieważ jest na nie popyt oraz istnieje podaż. Do tych zjawisk należy sprzedaż, kupno i użycie narkotyków; wymiana usług seksualnych za pieniądze; wymiana usług edukacyjnych za pieniądze; etc. Uniwersytety świadczą usługę kształcenia socjologów, ponieważ istnieją chętni, aby kształcić się w tym zawodzie oraz często za to zapłacić. A jednak profesor Cellary zwraca uwagę, że nie ma na rynku zapotrzebowania na tychże socjologów, innymi słowy uniwersytety w pełni świadomie kształcą ludzi, którzy następnie NIE znajdą pracy w swoim zawodzie. Czy należy zamknąć uniwersytety? Zakazać kształcenia socjologów? Zakazać ludziom korzystania z oferowanych studiów? Zakazać płacenia? Gdzie jest rozwiązanie, pani Marzeno, czego należy zakazać, co karać i jak surowo, aby odstraszyć ludzi od niszczenia sobie życia za pomocą studiowania socjologii?

Wolny rynek nie jest czymś, co kieruje się moralnością. Sutenerzy, dealerzy narkotyków, sprzedawcy w monopolowym czy też profesorowie uniwersytetów nie wybierają swojego zawodu dlatego, że Jezus im się ukazał pewnego wieczora i rzekł, „zostań sutenerem/dealerem/kierownikiem Katedry Technologii Informacyjnych, gdyż ja Ci mówię, iż będzie to dobre”. Kobiety, owszem, często zrezygnowałyby z prostytucji gdyby miały jakiś wybór. Ale na czym tak naprawdę polega ich wybór? Nie każda może zostać posłanką Wróbel z Solidarnej Polski. Dodatkowo pewien jestem, że pani Wróbel zagłosowałaby przeciwko konwencji ds. zwalczania przemocy wobec kobiet, przeciwko obowiązkowym kwotom 50% kobiet na listach wyborczych i w radach nadzorczych, ponieważ są to wszystko rzeczy niezgodne z konserwatywnym widzeniem świata. I fakt, że kobieta w Sejmie już przez to, że nie znajduje się w kuchni jest niezgodna z konserwatywnym widzeniem świata w ogóle pani Wróbel nie daje do myślenia.

*

Z punktu widzenia wolnego rynku, a konkretnie pracodawców, pracownik idealny powinien nigdy nie chorować, nigdy nie zachodzić w ciążę, nie mieć dzieci, nie brać urlopów, odmawiać wzgardliwie przyjmowania podwyżek, spluwać z obrzydzeniem na myśl o długich weekendach i waląc pięścią domagać się wpuszczania do firmy w niedzielny wieczór, bo on nie wytrzymuje tak długo bez pracy. Wolny rynek generuje supermarkety otwarte całą dobę, w których pracownicom doradza się zakładanie pampersa, żeby nie marnowały czasu na wizyty w toalecie. Wolny rynek pozbywa się w miarę możliwości osób zatrudnionych na etacie, zamiast tego oferując umowy śmieciowe. Idealnie byłoby, gdyby dało się w ogóle nie podpisywać żadnych umów, nic nie płacić (w szczególności składek emerytalnych i zdrowotnych), ale niestety rynek nie jest jeszcze aż tak wolny, jak zdaniem liberałów powinien. Na szczęście pracujemy nad tym z wielkim zapałem.

Gdyby deklarowane ponad 90% katolików rzeczywiście kierowało się nakazami wiary, supermarkety nie byłyby otwarte w niedzielę, bo nikt by do nich nie przychodził. Pracodawcy z pełnym zrozumieniem podchodziliby do tego, że pracownice zachodzą w ciążę, rodzą dzieci, udają się na urlopy macierzyńskie, etc. Prostytucja znikłaby z uwagi na brak popytu na usługi prostytutek (nawiasem mówiąc, ciekawe, czy pani Wróbel w ogóle wie, że istnieją prostytutki płci męskiej?), podobnie z sutenerstwem, sprzedażą narkotyków, etc. Pracodawcy wciskaliby pracownikom regularne podwyżki, wysyłali ich przemocą na wakacje, w kościołach tłumy ludzi wpychały księdzu przemocą pieniądze, zaś ksiądz broniąc się nieśmiało przypominał o zaleceniach świętego Franciszka, zgodnie z którymi powinien żyć w ubóstwie. Następnie zaś zebrane pieniądze komisyjnie przekazywałby TV Trwam, która dzięki temu pławiłaby się w bogactwie i nie miała żadnych problemów z opłaceniem miejsca na multipleksie.

Niestety nie żyjemy w świecie istniejącym wyłącznie w głowie pani Wróbel. Żyjemy w świecie realnym, w którym korporacja zwalnia 5 tysięcy ludzi tak sobie, żeby prezes dostał większą premię, po czym od pozostałych domaga się pracy po godzinach, żeby wypełnili normy, niechętnych strasząc nadchodzącą kolejną turą zwolnień. W świecie, w którym prostytucja, narkomania i mobbing pracowników to zjawiska istniejące nie tylko wśród mitycznych dwóch procent ateistów. W którym już niedługo na zawsze pożegnamy się z etatami, a w następnej kolejności zapewne z systemami emerytalnymi, ubezpieczeniami medycznymi i tym podobnymi socjalistycznymi wymysłami.

Z niewiadomych przyczyn, prawica uważa, że rynek wyreguluje się sam i należy go zostawić w spokoju, natomiast zająć się należy moralnością obywateli, którzy niepoprowadzeni dłonią pani Wróbel niechybnie zapomną o najbardziej delikatnych więzach międzyludzkich, skuszeni narkomanią i prostytucją. Skąd wrażenie, że akurat prostytucja obywatela pociąga tak silnie, że nie może się jej oprzeć, a chęć zarobienia mnóstwa kasy kosztem innych — nie, tego nie wiem.

*

Tymczasem „Wprost” w najnowszym numerze rozmawia z legendami polskiego futbolu Janem Tomaszewskim i Grzegorzem Latą. Na okładce są zdjęcia byłych piłkarzy z nosami klaunów. Tytuł: „Tym błaznom już dziękujemy”.

O ileż to ważniejsze niż jakieś tam feministyczne peplanie profesory Środy:

Panowie świętują i kibicują, panie – ofiary przemocy – poczekają. Euro to nie jest dobra okazja, by podpisywać Konwencję o zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Przeciwnie. To pora na otwieranie nowych agencji towarzyskich i zatrudnianie hostess do „niestandardowych usług” na czas Euro 2012 (zob. szukam.pl).

Przemoc sremoc. Media podają konsumentom to, za co konsumenci gotowi są płacić. Konsumenci wolą płacić za błaznów z nosami klaunów wyzywających się od gówien, niż za sztukę wysokich lotów. Wolą płacić za słuchanie, jak Niesiołowski i Stankiewicz kłócą się o to, kto tu komu dowalił kamerą w jaką część ciała, niż za czytanie, jak Krytyka Polityczna w Cieszynie organizuje warsztaty dla uczniów liceum. Wolą oglądać w telewizji, lub zgoła na nowym, błyszczącym stadionie mecz, niż zajmować się jakąś tam przemocą wobec jakichś tam obcych kobiet, które same sobie winne, bo jakby siedziały w kuchni i gotowały mężowi obiad, to by ich nikt nie zatrudnił w charakterze hostess. A politycy obojga płci i wszelakiej proweniencji politycznej radośnie się dostosowują. Bo też o ile prościej (i medialniej!) jest latać z pochodniami i moralizować w TOK FM o tym, jak zła i okropna jest prostytucja, niż zajmować się w Sejmie dyskryminacją kobiet, albo starać się znaleźć rozwiązanie problemu znikających etatów. Prawda, pani Wróbel?

Podzielmy się więc odpowiedzialnie zadaniami: posłanka będzie prawić w radio morały, lokalna komórka Krytyki Politycznej — organizowała warsztaty dla młodzieży, a wolny rynek będzie się regulował. A to, że znikną nam etaty, no cóż, posłanka jakoś się wyżywi, a młodym socjologom zawsze pozostaje prostytucja.

Dlaczego mieszkam w Amsterdamie

Znowu zrobiłem ten sam błąd. Wdałem się w rozmowę z Polką o prowokowaniu za pomocą afiszowania się orientacją seksualną.

Rzecz dotyczyła tego oto niusa: (pierwsza próba organizacji gay pride na Ukrainie międzynarodowego dnia walki z homofobią w Petersburgu)

Już na początku zebrania, które odbywało się w Parku Piotrowskim, na jednego z aktywistów gejowskich napadł nieznany człowiek z pistoletem gazowym, z którego wystrzelił ofierze prosto w twarz. Napastnik został zatrzymany przez policję, a poszkodowanym zajęli się sanitariusze.

Policja zadecydowała by uczestników demonstracji wywieźć z parku autobusami. Jednak kilkudziesięciu młodych ludzi w maskach zatrzymało transport i urządziło krwawą rozprawę z gejami – informuje agencja Interfax.

Na początku nieznani sprawcy rzucili kilkadziesiąt granatów dymnych na jezdnię, co zmusiło kierowcę jednego z autobusów do zatrzymania pojazdu. Napastnicy okrążyli autokar, rzucając kamieniami i butelkami rozbili w nim szyby, a następnie przystąpili do regularnego bicia znajdujących się wewnątrz aktywistów homoseksualnych, wykrzykując przy tym – nie nadające się do powtórzenia – obraźliwe określenia. [...]

Media podają, że napastnikami byli nacjonaliści, którzy polowali na gejów, a w którymś momencie – przez pomyłkę lub świadomie – „przestawili się” na imigrantów. Jedna z agencji podaje, że w strefie zamieszek znalazły się dwa autobusy z robotnikami z „południowych republik”, których nikt w tym momencie nie ochraniał. Nacjonaliści rzucili się na imigrantów, wybili szyby w autobusach i zaczęli rozprawę z robotnikami.

Dla mnie wygląda to jak bezmózgie bydło nadające się do odstrzału, ponieważ robię się nieco, powiedzmy, osądzająco-nerwowy gdy „nieznani młodzi ludzie w maskach” używają granatów dymnych, kamieni i butelek wobec oponentów dowolnej proweniencji. A JEDNAK!!! Okazuje się, że dla młodej biseksualnej Polki winni są aktywiści LGTB (tradycyjnie w polskich mediach zwani „gejami”):

Jeśli świadomie wtykasz palec między drzwi a framugę, to dlaczego chwilę później piszczysz, że cię boli?

Odpisałem:

Miłka, mówisz konkretnie o homoseksualistach, czy o imigrantach, którzy świadomie wtykają palec między drzwi, a framugę? Czy zgadzasz się też ze stwierdzeniem, że jeśli kobieta została zgwałcona, to z pewnością zachowywała się prowokacyjnie i to jej własna wina?

(Pozwalam sobie podać imię, ponieważ Miłka wpisała post na publicznej stronie Miłość Nie Wyklucza)

Miłka odpisała tak:

Ray, jeśli świadomie prowokuję, to nie mam prawa krzyczeć, że czuję się napastowana. Co – oczywiście – nie usprawiedliwia gwałtu. Jeśli idę na manifestację, to ze świadomością, że prowokuję, drażnię czyjeś wrzody. Nie mam prawa krzyczeć, że mnie rozdrażniony właściciel wrzodu popycha. Co – oczywiście – nie usprawiedliwia aktów wandalizmu i owego „polowania”. Jestem biseksualna. Nie ukrywam się z tym. Ale i nie opowiadam ze szczegółami o moim życiu seksualnym.

No więc nie.

Nie zgadzam się z właściwie niczym powyżej, z wyjątkiem obłudnego „nie usprawiedliwia gwałtu” (ale popychanie tak? a kiedy się pojawia różnica między popychaniem, gwałtem, wandalizmem i polowaniem?)

Moje życie seksualne jest moje. Opowiadam o nim niekiedy ze szczegółami, a niekiedy bez. Żadna ilość szczegółów nie usprawiedliwia przemocy. Nie mówię tu w ogóle o tym, czy sam fakt organizacji gay pride to jest „opowiadanie ze szczegółami o życiu seksualnym”. O wiele większą ilość szczegółów o życiu seksualnym moich sąsiadów poznaję, widząc, że sąsiadka jest w ciąży — ptaszek zajrzał do waginki! i nie miał na sobie gumowej kominiarki! i zwymiotował białe ptasie mleczko! i akurat waginka miała w sobie jajeczko, znaczy był ten czas miesiąca! Przysięgam, że moi sąsiedzi, czytelnicy bloga, a w szczególności rosyjscy skinheadzi z Ukrainy nie mają pojęcia, czy ja uprawiam seks z zabezpieczeniem czy bez, kiedy i z kim. Albo czy uprawia go widoczny na zdjęciu poniżej Światosław Szeremet. Myślę, że zgadniecie, który to Światosław. Zdjęcie pokazuje, jak udała się gay pride na Ukrainie.

Przyznam, że ciężko mi się powstrzymać od agresywnej reakcji na słowa Miłki. Nie trawię mianowicie ofiar usprawiedliwiających oprawców — on przecież był sprowokowany, ona była ubrana wyzywająco, nic dziwnego, że ją zgwałcił. No owszem, obrzezanie kobiet, to taka tradycja religijna, nic w tym dziwnego, trzeba zrozumieć różnicę kultur. No, słusznie go skopali, afiszował się orientacją seksualną, sam sobie winien. A tymczasem ja ufarbowałem dzisiaj irokeza na czerwono, żeby się bardziej rzucać w oczy, a parę tygodni temu Zbrojmistrz wszył mi z tyłu spodni dodatkowy suwak, który co prawda nie działa (bo spodnie są pod suwakiem zaszyte), ale sugeruje to, co sugeruje.

Po co mam czerwonego irokeza? Bo mam ochotę. Po co mam suwak z tyłu spodni? Bo mam ochotę. Po co czytuję Michaela Cunninghama? Bo mam ochotę. Po co piszę na blogu o swoim związku i, ESCANDALO, wrzucam fotki? Bo mam ochotę. Po co słucham Kylie Minogue? Bo mam ochotę. Po co trzymam Zbrojmistrza publicznie za rękę? Bo mam ochotę. Po co mam na dłoni tatuaż? Bo mam ochotę. Która z tych rzeczy usprawiedliwia ewentualne pobicie mnie? Oto zagadka dla Miłki. W tajemnicy wyznam Wam, że osobiście uważam, że żadna — i, co więcej, Holendrzy się ze mną zgadzają.

Na zdanym przeze mnie niedawno teście z języka, kultury i współżycia w Holandii padło mianowicie kilka pytań typu: Arab Ali pyta sąsiadkę Margaret o to, czemu jej córka ma taką krótką spódniczkę i czy ona nie rozumie, że prowokuje. Do wyboru były trzy odpowiedzi, w tym wybrana przeze mnie „w Holandii kobiety mogą się ubierać tak, jak chcą i jeśli ci się nie podoba, możesz patrzeć w inną stronę”. Ale pojawiła się też odpowiedź: „tak, masz rację Ali, kobiety w Holandii często ubierają się jak dziwki. Zwrócę córce uwagę”. Nie mogłem się oprzeć myśli, że w Polsce ta odpowiedź byłaby prawidłowa. Komentarze Miłki zupełnie mojego zdania nie zmieniły.

*

Musiałem poprawić notkę, ponieważ nie zwróciłem uwagi na to, że zdjęcie i tekst nie dotyczą tego samego miejsca. Tekst: Petersburg, 16 maja 2012. Zdjęcie: pobicie jednego z dwóch aktywistów, którzy nie zdążyli uciec gdy policja odwołała gay pride w Kijowie 30 minut przed rozpoczęciem.

Tutaj i tutaj więcej informacji. Moja pomyłka nie wpływa na treść całości notki, ale pozostaje pomyłką — dziękuję jh za zwrócenie uwagi.

Bez komentarza

Po lewej: świat, po prawej: Arabia Saudyjska

Po lewej: świat, po prawej: Arabia Saudyjska


Po lewej: świat, po prawej: Arabia Saudyjska


Na górze: świat, na dole: Polska (konkretnie, ZTM Warszawa)


Nowy banner zadebiutował w Międzynarodowy Dzień Walki z Homofobią (IDAHO). Dziękujemy państwu z ZTM za zwrócenie uwagi na ten problem, dotyczący głównie krajów arabskich, republik post-sowieckich, Afryki i Polski.

PS. W odróżnieniu od okładek Mariah, o których krąży plotka, że to fake’i, banner w wersji talibów z ZTM jest jak najbardziej prawdziwy.

How do I get to Carnegie Hall?

W moim Google Readerze pojawiły się dwie notki naraz na ten sam temat. Bohater Pozytywny napisała sama z siebie, a Kele Okereke zalinkował artykuł Annie Murphy Paul z Time.

Practice man, practice.

Chwilowo nie mam dostępu do kuźni i nie mogę praktykować, ponieważ nadal wlecze się za mną resztka cholernej grypy (oby słoneczny rydwan Boga-Słońca zmiażdżył jej zbielałe kości) toteż z czystych nudów zamiast tego teoretyzuję. Obie panie mają rację. Bohater zwraca uwagę na kwestię wychowania w dzieciństwie — „dziecko, źle kółko narysowałaś, talentu artystycznego to ty nie masz” potrafi spowodować, że przez dziesięciolecia nie weźmiemy do ręki pędzla, bo przecież nie mamy talentu. Paul zwraca uwagę na to, że nauczenie się na gitarze dwóch piosenek i granie ich w kółko nie spowoduje rozwoju artystycznego — do tego celu musimy grać dokładnie to, czego nie umiemy, mimo, że przyjemniej rzecz jasna chwalić się umiejętnościami już nabytymi i powtarzać to, co daje nam nagrodę — udaje się za każdym razem.

W moim przypadku do wyniesionego z dzieciństwa „dziecko, ty jesteś delikatny i wrażliwy” oraz do własnogłownie dokonanego odkrycia, że należy trenować rzeczy, których się nie umie, dołącza się rzecz trzecia — motywacja, lub jej brak. W kuźni motywację posiadam i z premedytacją trenuję to, co mi nie idzie, po czym biorę się za rzeczy nowe — posiadam długoterminowy plan, żelazną (…) konsekwencję oraz umiejętność skupienia się jak laser na tym, czego chcę. Nie posiadam tej motywacji na przykład w muzyce — lubię nagrywać, pisać i śpiewać, ale nie chce mi się pracować nad tym, żeby stać się lepszym, ba — nie chce mi się poprawiać błędów i fałszy.

Jest bardzo wiele rzeczy, które w zasadzie mógłbym robić. Odkryliśmy to z panią psycholożką podczas outplacementu. Mógłbym — z moją osobowością, talentami i umiejętnościami — zostać (po nauce, rzecz jasna, nie natychmiast!): architektem, fighterem MMA, budowlańcem, pirotechnikiem, producentem muzycznym, trenerem na siłowni, finansistą, coachem/psychologiem, etc. Niestety żadna z tych rzeczy nie interesuje mnie wystarczająco. Są to wszystko zawody, które mógłbym wykonywać w zasadzie. W zasadzie mnie nie nudzą, w zasadzie są interesujące, w zasadzie mi się podobają. Ale nie aż tak, żeby mi się od razu chciało.

Bohater Pozytywny pisze:

Wniosek o PRACOWITOŚCI wypływa też z książki „Talent nie istnieje” Artura Króla. W skrócie – konkretne, intensywne ćwiczenia uczynią z nas mistrza w dowolnej dziedzinie. Coś w tym jest. I niewątpliwie wiąże się to z pracowitością i konsekwencją i oczywiście po pierwsze z wyznaczeniem celu.

Zgodzę się z tym, dodając jednak dla porządku, że pracowitość i konsekwencja to są akurat pewne talenty. Nie każdy jest równo pracowity i konsekwentny. Są osoby, które sobie postanowią, że będą grały na gitarze i co dnia siedzą 2-3 godziny i trenują grę, aż się nauczą (nawet, jeśli im to nie sprawia wielkiej przyjemności). Są osoby takie, jak ja, które kupują gitarę, bawią się nią dwa dni, po czym odstawiają w kąt i co jakiś czas czują lekkie wyrzuty sumienia, że gitara się kurzy. Historia, rzecz jasna, jest autentyczna. Pomysł, że zostanę gitarzystą, sprawiał mi wiele przyjemności, ale ćwiczenia już nie do końca. Motywacji starczyło na jakieś trzy dni, po czym się skończyła i nie wróciła już nigdy.

Podobnie było z kolczugą, dzięki której poznałem Zbrojmistrza. Zbrojmistrz sprawia mi wiele przyjemności i dzięki temu od nieomal pół roku spotykamy się bardzo często, a jeśli nie widzimy się w realu, to rozmawiamy online. Dłubanie kolczugi natomiast przyjemności mi nie sprawia — jest to czynność, którą potrafię wykonywać, podobnie jak zmywanie, ale podobnie jak zmywanie nie jest to czynność, do której bym się zabierał co dnia na kilka godzin celem praktykowania i stania się w niej najlepszym. Podoba mi się rzecz jasna wizja Raya — słynnego twórcy kolczug, podobnie jak Raya — słynnego gitarzysty, ale nie pociąga mnie ta wizja aż tak, żeby od razu pracować nad jej realizacją.

Jak to jest z Wami, drodzy czytelnicy? Umiecie się skupić na wizji i praktykujecie, men, praktykujecie aż dotrzecie do Carnegie Hall? Jeśli umiecie — czy na dowolnej wizji, np. postanawiacie się nauczyć łaciny i siedzicie nad nią tak długo, aż będziecie w stanie w każdej restauracji płynnie zamawiać pięciodaniowy obiad po łacinie? Czy, jak ja, macie wizji wiele, ale tylko jedna pociąga aż tak, że rzeczywiście umiecie się postarać o jej realizację?

Kochani…

…w zasadzie to jestem zajęty umieraniem na grypę, ale mam przed sobą ładny certyfikat na papierze czerpanym, na którym napisano, że zdałem test z języka i znajomości kultury Niderlandów. Moja znajomość języka jak się okazuje jest zgoła na poziomie B1, czyli upper intermediate. (Wyższy średni?)

WHO IS THE KING BITCHES?!!???

Świat się zmienił, a politycy nie zauważyli (cz. II)

Świat się zmienił, a politycy nie zauważyli.

W części pierwszej pisałem głównie o polskiej (i nie tylko) edukacji i jej efektach. W drugiej skupię się na tym, co mnie interesuje poniekąd bardziej — nie jestem wszakże profesorem uniwersyteckim, ani nawet studentem, magistrem inżynierem matematykiem zostałem dawno i nieprawda. Na związkach międzyludzkich.

Częste wśród socjologów i demografów jest dostrzeganie pewnych tendencji. O wiele częstsze niż wśród chociażby polityków. Tyle, że nawet profesor demograf potrafi się wygłupić na koniec z diagnozowaniem przyczyn problemów. A problemy jak najbardziej istnieją — ot, struktura wiekowa społeczeństwa, która oznacza, że system emerytalny w aktualnej formie nie może istnieć nadal bez dużych zmian. Nie może i już. Nie ma takiej opcji. Jak to widzi profesor Okólski z SWPS:

Jak mówi, argument ekonomiczny nie zawsze wystarcza do usprawiedliwienia niechęci młodych do posiadania potomstwa.

- Upatrywałbym tu bardziej przyczyn w zmianach kulturowych. Dziś młodzi podchodzą bardziej egoistycznie, są dużo bardziej niezależni od rodziny, kiedyś jednak więcej zależało od ich rodziców. Może to zabrzmi sztampowo, ale obecnie liczą się kariera, sukces, moda na bycie singlem czyli wolnym i niezależnym, a to kłóci się z posiadaniem dzieci – mówi prof. Okólski.

No, ale to przecież jest właśnie argument ekonomiczny.

Widzę też zmiany w podejściu do instytucji małżeństwa, jeszcze 20-30 lat temu 25 latka była starą panną, dzisiaj ta granica wiekowa mocno się przesunęła, a i sama etykietka wydaje się raczej przestarzała. Widzę również osłabienie tradycji rodzinnych – dodaje demograf.

No, widzi pan demograf osłabienie. I jak pan demograf chce sobie z tym radzić?

[...] moim zdaniem – mówi demograf z SWPS – należy wspierać instytucję małżeństwa, stwarzać im odpowiednie warunki dla trwałego związku; to najskuteczniejszy sposób zapewnienia znacznie wyższej dzietności, niż jest to dzisiaj. Młodzi muszą czuć się stabilnie.

Instytucję małżeństwa.

Należy wspierać instytucję małżeństwa jako najskuteczniejszy sposób zapewnienia znacznie wyższej dzietności.

Spójrzmy na statystyki. W 2010 20.6% dzieci urodziło się poza małżeństwem. (W 2000: 12.1%) W zachodniopomorskim to 37.5% wszystkich narodzin. Niespecjalnie widzę tu powód do rozmawiania o instytucji małżeństwa *w ogóle*, w kontekście wspierania, czy niewspierania. Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego, komentuje to tak:

Jeśli spojrzy się na powiaty, w których nieślubnych dzieci rodzi się najwięcej, to okazuje się, że to jedne z najbiedniejszych w Polsce – mówi demograf. – Rodzice nie decydują się na ślub, bo uroczystość kosztuje, a w dodatku jeśli nie wezmą ślubu, to mogą liczyć na pomoc społeczną.

I co? Wspieramy instytucję małżeństwa, panie profesorze, czy nie do końca?

– Zasiłki, możliwość rozliczania się z dzieckiem czy pierwszeństwo w przedszkolach – wylicza udogodnienia dla samotnych rodziców Paweł Woliński z fundacji Mamy i Taty.
– Poza względami ideologicznymi są dwa ważne powody, dla których nie zdecydowałam się na małżeństwo – mówi Iwona.
– Rzeczywiście dużym plusem jest to, że mogę się rozliczać z dziećmi. To kilkaset złotych oszczędności. Po drugie, nie miałam problemów z tym, by moje dziecko przyjęto do publicznego przedszkola.
– Ja nawet rozważałam z mężem rozwód, kiedy nasza córka nie dostała się do żadnego z kilku przedszkoli –opowiada z kolei Agnieszka, mama czterolatki. – Rodzice, którzy nie mają ślubu, nie mieli z tym problemu.

No nie wiem, panie profesorze, czy akurat wspieranie instytucji małżeństwa jest tu rozwiązaniem czegokolwiek. Jednak jest ktoś, kto się z profesorem Okólskim zgadza. Jest to znany specjalista ds. seksu i prokreacji, czyli ksiądz.

– W tym, że coraz więcej dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich, widzę zagrożenie – mówi ks. Bogdan Bartołd, proboszcz Archikatedry Warszawskiej. – Dziecko potrzebuje stabilizacji. A rodzice, którzy nie decydują się na ślub, zazwyczaj robią to dlatego, że nie chcą brać za siebie odpowiedzialności. Gdy nie ma ślubu, łatwiej spakować walizki i się wynieść.

Ja widzę duże zagrożenie dla Polski w tym, że księża nie mają dzieci, egoistycznie pozbawiając kraj swego potomstwa i pomniejszając emerytury. Niech ksiądz proboszcz zastanowi się nad swoimi egoistycznymi decyzjami!

*

Pominąwszy to, że jak widać małżeństwo zmniejsza szanse na otrzymanie miejsca w przedszkolu i nie pozwala na otrzymanie zasiłku (co, jak rozumiem, jest elementem państwowej polityki wspierania małżeństwa) skupmy się na powodach, dla których liczba związków pozamałżeńskich rośnie, a małżeńskich spada.

Oczywisty powód, a mianowicie taki, że związki małżeńskie mogą w Polsce zawierać wyłącznie pary odmiennopłciowe, pomijam. Kiedyś zdarzało się, że geje i lesbijki, ze strachu przed prześladowaniem, wstępowali w związki małżeńskie z osobami przeciwnej płci. Jestem pewien, że nadal się tak zdarza, ale pewien też jestem, że zdarza się coraz rzadziej. (See also: ważny powód, dla którego „spada liczba powołań”).

O drugim oczywistym powodzie opowiadali już państwo powyżej — pozostawanie w związku małżeńskim powoduje duże straty finansowe, których nie pokrywa nawet sławetne wspólne opodatkowanie małżonków. W przypadku możliwości opodatkowywania się samotnego rodzica wraz z dzieckiem widać wyraźnie, że państwo wspiera małżeństwa… bezdzietne. Czy aby na pewno wspieranie małżeństw bezdzietnych ma być silnym bodźcem dla ludzi, aby 1) zawrzeć związek małżeński, 2) mieć dzieci w ramach tego związku? Czy ma nim być odmawianie dofinansowania in vitro, bo Gowinowi, chciałem powiedzieć — Jezusowi się in vitro nie podoba? (Że też Jezusowi się podobają viagra, terapie antyrakowe, przeszczepy, a akurat in vitro nie? Przecież impotencję i raka też Bóg zsyła, podobnie jak bezpłodność?)

PO nie zmieniła się od 4, 6, 8 czy 10 lat. Gwarantuję, że nie rozwali się też przy sprawie in vitro czy związków partnerskich – powiedziała na antenie TVP Info marszałek Sejmu Ewa Kopacz. /…/ Zaznaczyła, że sama jest zwolenniczką in vitro. – Mamy w Polsce milion par, które nie mają środków, by mieć własne dziecko. Ta metoda jest jedynym sposobem. Co więcej, te dzieci będą chodzić do kościoła, do komunii, będą brać śluby kościelne, w związku z tym powinniśmy się do tej metody przekonać – powiedziała.

Sposobem na zapobieżenie spadkowi ilości małżeństw i spowodowanie wzrostu liczby narodzin według co poniektórych księży i innych posłów Tomczaków ma być nielegalizowanie związków partnerskich oraz „stwarzanie odpowiednich warunków do trwałego związku”. Pominąwszy pytanie, w jaki sposób małżeństwo zapewnia trwałość związku (z wyjątkiem oczywiście uprzykrzania życia parom chcącym się rozwieść, ale nie jestem pewien, że to się nazywa „trwałość związku”) nie rozumiem, dlaczego w takim razie liczba małżeństw i narodzin spada JUŻ, skoro związki partnerskie jako żywo nie są jeszcze rejestrowane przez państwo i jego urzędy. Ludzie nie biorą ślubów, bo czują nadzieję, że w końcu zarejestrują związek w urzędzie i ta nadzieja ich trzyma ze sobą (acz rzecz jasna nietrwale)?

Tymczasem minister Gowin po raz kolejny stwierdza:

Co innego inicjatywa jednego posła, co innego inicjatywa całego klubu. Moim zdaniem, wyraźna większość klubu Platformy wypowiada się przeciwko legalizacji związków partnerskich.

Pytanie brzmi następująco. Czy parlament/rząd powołujemy po to, żeby szedł przed nami niosąc kaganiec, fuj! kaganek oświaty i wyznaczał ścieżki, którymi iść winna nasza moralność? Czy też powołujemy obydwa po to, żeby nam ułatwiały życie, pomagały przechodzić przez nie w sposób taki, w jaki chcemy (byle legalnie i bez cudzej krzywdy) i nie wpierdalały się przesadnie w to, co porabiamy w sypialni?

Łatwo mi zgadnąć, że sekretnym marzeniem ministra Gowina nie jest wcale bycie ministrem sprawiedliwości (co to za głupi pomysł ta „sprawiedliwość”, skoro przysługuje nawet jawnogrzesznicom i homoseksualistom?) tylko papieżem-dyktatorem wyznaczającym, gdzie ciemny lud ma się udawać, co tam robić, ilu obserwatorów powinno ciemnego ludu przy tym pilnować, etc. Ale w takim razie być może Gowin powinien udać się do seminarium i ciężko pracować nad spełnieniem swego marzenia. Jako minister WSZYSTKICH Polaków zaś powinien być może skupić się na zaspokajaniu potrzeb WSZYSTKICH Polaków. I nie mówię tu o potrzebie mówienia innym, jakie związki wolno im zawierać, tylko o potrzebach par homo i heteroseksualnych, a może nawet, o zgrozo, trójkątów, które nie mogą wziąć ślubu, bo im państwo zabrania.

Nie przekonuje mnie w najmniejszym stopniu zwiększanie rozrodczości za pomocą wspierania instytucji — jakiejkolwiek instytucji. Małżeństwa, kościoła, sejmu czy USC. Bo dzieci nie biorą się z „instytucji”. Dzieci biorą się z tego, że pan i pani uprawiają seks bez zabezpieczenia, a 9 miesięcy później (jeśli nie wtrącił się w sprawę ginekolog, który za parę tysięcy złotych zapomniał o klauzuli sumienia i swoich zasadach moralnych) bocian przynosi im kwilące zawiniątko. Które czasami wyrzucają do śmietnika, zostawiają w „oknie życia”, zostawiają w publicznej toalecie lub zakopują w piwnicy. W jaki sposób ma to zmienić wspieranie instytucji i co to ma w ogóle wspólnego ze związkami partnerskimi i małżeństwem?

Instytucja małżeństwa, jeśli o mnie chodzi, powinna jak najbardziej pozostać w istniejącym kształcie i modelu… w kościele. Niechaj sobie instytucja religijna organizuje dowolne rytuały i oferuje je dowolnie wybranej grupie, a innych dyskryminuje — w końcu nie ma obowiązku przynależenia do instytucji religijnych. Państwo natomiast nie powinno moim zdaniem ani wspierać, ani dyskryminować żadnego modelu związku między obywatelami, bo nie do tego mi jest rząd potrzebny, żeby mi mówił, jaki mam zawierać związek i z kim.

Rejestracja związku partnerskiego jest rzeczą o tyle przydatną, że pozwala wyznaczyć osobę, która może decydować o naszym leczeniu, odbierać listy polecone, zajmować się naszym dzieckiem, organizować nasz pogrzeb, etc. Nie do końca rozumiem, czemu miałaby to być osoba płci przeciwnej. Nie rozumiem też, czemu wolno sobie wybrać tylko jedną taką osobę, oraz czemu wybrana przeze mnie osoba w rewanżu musi wybrać mnie. Naiwne być może tłumaczenie — o ile pomnę — Jacka Żakowskiego, że dwie mieszkające razem starsze panie powinny być w stanie właśnie po to zawrzeć związek partnerski, żeby móc odbierać za siebie pocztę i decydować o swoim pochówku, zostało wyśmiane z góry na dół, tymczasem wcale nie jest to sytuacja nierealna i nie wiem, co w niej niby zabawnego. A jeśli dwa lata później pani Stasia zakocha się w panu Władziu i zechce z nim zawrzeć związek partnerski, ale pani Basia nie będzie miała nikogo innego, komu mogłaby zaufać w kwestiach pocztowo-szpitalnych, to czemu pani Stasia miałaby musieć najpierw „rozwieść” się z panią Basią?

Słynne szwedzkie feministki już w 2005 wpadły na pomysł wprowadzenia nowej legislacji, dzięki której znikłby problem tradycyjnego małżeństwa i jego tradycyjnych ról. Tiina Rosenberg (tłumaczenie moje, oryginał tutaj wraz ze zgryźliwym prawicowym komentarzem):

Domagamy się nowej legislacji dla dwojga, lub więcej, ludzi, którzy mieszkają razem i mają wspólne finanse i dobra materialne. Historia małżeństwa nie mówi o miłości i wspólnym zamieszkiwaniu, to historia posiadania — stwierdza Rosenberg, wskazując, że regulacje prawne dotyczące spadków i współwłasności stosują się tylko do małżeństw i zarejestrowanych związków homoseksualnych.

– Więcej niż dwie osoby powinny być w stanie mieszkać razem. Podam przykład rozwiedzionej pary, z których oboje mają nowych partnerów i wszystkie te osoby chcą dzielić się odpowiedzialnością finansową za dzieci i mieszkać razem z nimi — powiedziała Rosenberg.

Jednak Rosenberg, która jest profesorką gender studies na Uniwersytecie Sztokholmskim, powiedziała również, że nikogo nie powinno obchodzić, czy dwie, trzy lub więcej osób utrzymuje między sobą relacje seksualne. — W wolnym kraju prawo nie powinno decydować, jak mają wyglądać związki seksualne ludzi. Prawo nie wpływa na uczucia — powiedziała.

Jak wiadomo, szwedzkie feministki to przykład maksymalnego rozwydrzenia i wogle, ale… czy da się nie zgodzić, bazując na logicznych i racjonalnych argumentach, z którąkolwiek z jej wypowiedzi? („Świętość małżeństwa”, „tradycja” oraz „moralność” nie są logicznymi i racjonalnymi argumentami.)

Gowin, Tomczak, profesor Okólski i ksiądz Bertołd mówią o jakimś wirtualnym świecie, który może kiedyś istniał, ale było to bardzo dawno. Świecie, w którym fakt zawarcia małżeństwa gwarantował jego trwałość, w którym nie istniały zdrady i rozwody, w którym każde dziecko miało heteroseksualnych rodziców pozostających w związku małżeńskim. W którym osoby homoseksualne robiły tę przyjemność, że w zgodzie z „badaniami” Paula Camerona umierały po osiągnięciu czterdziestki, najpierw wydawszy fortunę na narkotyki i męskie prostytutki, dzięki czemu nie było problemu z podatkiem spadkowym dla żyjącego partnera (jakiego partnera?). Ewentualnie, rzecz jasna, po rozważeniu za i przeciw nawracały się na heteroseksualizm i przystępowały do płodzenia tłumów dzieci zaraz po zawarciu ślubu z osobą płci odmiennej.

Gdyby to wszystko było prawdą, należałoby rzecz jasna wspierać instytucję małżeństwa i jak ognia wystrzegać się legalizowania związków partnerskich, których istnienie gwałtownie zmniejszałoby płodność. W świecie, w którym ponad 20% dzieci rodzi się poza małżeństwem, w którym istnieją rozwody, ponowne śluby, trójkąty, niechciane dzieci, seks pozamałżeński, samotne matki i samotni ojcowie, mężczyznom i kobietom zdarza się najpierw spłodzić, bądź urodzić dziecko, po czym się rozwieść i „nawrócić” na homoseksualizm… wspieranie instytucji małżeństwa kosztem związków partnerskich to ponury żart kojarzący się po trosze z inkwizycją, a po trosze — z protestami robotników przeciwko maszynom parowym.

Konserwatyzm jako postawa polityczna jest postawą dziecka, które zatyka uszy, kładzie się na podłodze, wymachuje nogami i wrzeszczy AAAAAAAAA!!!!! Nawet w wykonaniu trzylatka nie jest to ani czarujące, ani produktywne. W wykonaniu profesora, księdza lub, co najgorsze, ministra jest bardzo smutne. Czemu się dziwić, że tak mało ludzi chodzi do wyborów? Wystąpiłem o paszport niderlandzki, bo tutaj moje poglądy polityczne są reprezentowane w dużym stopniu przez trzy różne partie, z których żadna nie rządziła od kiedy przybyłem tu w 2006 i chcę ten smutny fakt zmienić. W Polsce do 2011 nie reprezentował mnie nikt i nigdy, teraz zaś z zainteresowaniem przyglądam się Ruchowi Palikota, reprezentującemu moje poglądy mniej więcej w pięciu procentach. Jednocześnie jestem świadom, że w kraju, w którym pomysł, że obywatelom możnaby ułatwić życie legalizując związki partnerskie stanowi postawę wywrotową i zdziczałe lewactwo, poglądy szwedzkich feministek (i moje) mają niewielką szansę na sukces — przynajmniej dopóki nie dorosną dzieci tych dwudziestu procent par bez ślubu z 2009 roku. A w międzyczasie polityka państwa skupi się zapewne na wspieraniu instytucji małżeństwa, bo przecież do tej pory tak dobrze to działało, a definicją szaleństwa wcale, a wcale nie jest robienie ciągle tego samego i oczekiwanie innych skutków.

Cześć Wilma. Zdycham. Co na obiad?

Wróciłem z kuźni, zmęczony tak, jak kiedyś dawno temu po pierwszych treningach na siłowni. Do domu dotarłem pchany wyłącznie siłą woli i nową piosenką Saint Etienne. Padłem na krzesło naprzeciw biurka i wpatrzyłem się tępo w monitor.

Łobosze, pomyślałem. Niech mi ktoś zrobi jeść. I zje za mnie, to też zbyt męczące. I potem posprząta. I pozmywa. I zrobi zakupy. I mnie rozbierze i umyje…

*

Niektórzy z czytelników pamiętają być może, że jakiś czas temu miałem depresję.

Od sześciu tygodni objawy depresyjne nie wróciły ani na minutę. Co więcej, wróciły problemy ze snem. Odnoszę silne wrażenie, że jedno i drugie jest ze sobą związane i jest sposobem mojego organizmu na danie mi do zrozumienia, że należy powoli zmniejszać dawkę leku.

Generalnie rzecz biorąc, wykazuję coś w rodzaju odwrotności depresji (łagodna mania?) — mianowicie jestem na zmianę szczęśliwy, bardzo szczęśliwy i strasznie szczęśliwy. Czasami, gdy mam okropnego doła, jestem tylko zadowolony z życia i jest mi dobrze. Nic poniżej właściwie się nie trafia, bo i niespecjalnie ma powód. Zdaję sobie sprawę, że pisanie tego na blogu to proszenie się, aby jutro spadł deszcz dżdżownic, po nim nastąpił pożar, a na koniec półpasiec, ale co ja poradzę, jest mi dobrze.

*

Moje życie uległo wskutek depresji zmianom, których jako żywo nie przewidywałem, kiedy raptem dziesięć miesięcy temu spędzałem całe dnie w domu, niezdolny do wyjścia po zakupy. Kiedy dzień składał się wyłącznie z opierania się myślom samobójczym, gapienia się w ścianę i czekania, aż nadejdzie wieczór i będzie można iść spać. Kiedy właziłem pod prysznic, siadałem na podłodze i siedziałem tak 45 minut, bo tyle mi zajmowało zmotywowanie się do wyjścia (przy czym umyć się nie byłem w stanie, wyłącznie namoczyć). Kiedy 45 minut zajmowało zakładanie skarpetek — konkretnie, pierwsza skarpetka 30 sekund, 44 minuty leżenia na kanapie i gapienia się w sufit, na koniec druga skarpetka. Kiedy ukochany mężczyzna oznajmiał mi sucho, że wychodzi, bo jak na mnie patrzy, to dostaje migreny, a przecież z pewnością bym tego nie chciał. Kiedy nie byłem w stanie projektować, a nic innego nie przychodziło mi do głowy. Kiedy przed zrobieniem sobie krzywdy powstrzymywało mnie głównie to, że nie mógłbym wtedy chodzić na siłownię — a to było ostatnie pozostałe mi zajęcie, które mi sprawiało przyjemność. Z wyjątkiem rzecz jasna faktu, że na siłowni byli inni ludzie, a ja nie byłem w stanie przebywać w niczyim towarzystwie.

Kiedy DJ ze mną zerwał, drogą sms-ową, powiedziałem sam sobie — dość spokojnie — że nigdy więcej. Żadnych związków, żadnego zakochiwania, ja tego nie umiem i już. Podrywanie wychodzi mi świetnie, seks bez zobowiązań też, doskonale radzę sobie jako singiel i na tym poprzestańmy. Nie spodziewałem się, że spotkam Drwala, a co dopiero Zbrojmistrza. Nie spodziewałem się, że zakocham się w tym drugim, mimo, że w zasadzie będę zajęty próbowaniem z pierwszym. I na pewno nie spodziewałem się, że będę wracać z kuźni, złachany jak kiepsko rozmrożona śmierć, po dniu ciężkiej roboty wykonywanej prawie bez pomocy. Jest to ciągle robota żenująco kiepska, ale MOJA.

*

O kuźni miałem pisać na blogu kowalskim, ale tutaj piszemy o miłości po 30, prawdaż?

Doszedłem do drugiego etapu rozwoju zawodowego. Pierwszy — nieuświadomiona ignorancja — za mną. Drugi to ignorancja świadoma. Tu właśnie się znajduję. Oglądanie kowala, u którego pracuję, doprowadza mnie niekiedy do wściekłości. Moje ręce TAK NIE ROBIĄ. Nie umiem tak uderzać, nie umiem tak celować, nie umiem w głowie rozłożyć na części zamka zapadkowego i bez dokonywania żadnych pomiarów, rysunków i w ogóle niczego tak po prostu go sobie zrobić (co dzisiaj oglądałem na własne oczy). I WIEM O TYM.

A jednak… dzisiaj wróciłem tak potwornie zmęczony dlatego, że pracowałem cały dzień niemalże bez pomocy. Nad konkretnymi przedmiotami z konkretnej stali. Przy użyciu wykonanego przez siebie młota kowalskiego, oraz wykonanych przez siebie kleszczy (które się nieco rozlatują po dwóch miesiącach, ale nadal są najlepsze do niektórych prac).

*

A teraz jest już jutro, wyspałem się, zjadłem kilka posiłków, dokończyłem notkę, pojechałem na egzamin państwowy z niderlandzkiego i właśnie zeń wróciłem. W ciągu trzech tygodni dowiemy się, jak poszło.

Świat się zmienił, a politycy nie zauważyli (cz. I)

Świat się zmienił, a politycy nie zauważyli.

Troszeczkę zauważył Donald, ruszając — mimo niepopularności tejże — z reformą emerytalną. Ludzie żyją o kilkanaście lat dłużej niż kiedyś, mają średnio o jedno dziecko mniej, a ZUS już teraz ledwie zipie i nie ma specjalnej nadziei na to, że to się zmieni. Nie zauważyły natomiast Gowiny et consortes, obwiniając próbę wprowadzenia związków partnerskich i zmniejszenie ilości małżeństw o to, że dzieci rodzi się w Polsce (i nie tylko) coraz mniej.

A tymczasem to nie wina małżeństw (i ich braku), związków partnerskich i moja osobiście, że rodzi się coraz mniej dzieci. W Polsce wina leży w dużym stopniu po stronie tego, jak wyglądają w tymże kraju zwalczane przez Gowina prawa reprodukcyjne kobiet — jeśli ciążę postrzega się jako największe zagrożenie, mogące upierniczyć człowiekowi życie na amen, to się jej wszelkimi siłami unika. Jeśli kobieta zajdzie już w ciążę, jest traktowana jak inkubator, któremu nie wolno robić niczego, co mogłoby zagrozić nienarodzonej świętości. Luksusowe to traktowanie napoczętego kończy się w momencie porodu, kiedy okazuje się, że na miejsce w żłobku dziecko musi czekać do ósmego roku życia, w przedszkolu — do piętnastego, a jeśli przypadkiem uda mu się skończyć jakieś studia, to i tak nie dostanie pracy. Powody tego ostatniego tłumaczy profesor fizyki Jan Stanek z Uniwersytetu Jagiellońskiego:

Czuję się w obowiązku zwierzyć się Wam z bardzo przykrej tajemnicy. Nie jesteście – większość z Was – dobrze wykształceni, a jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przez wykładowców. To oni, a przynajmniej wielu z nich, bezpodstawnie wypisali Wam świadectwa, zaliczyli egzaminy i wydali dyplomy – czasami nawet po kilka. Następnie chcący Wam się przypodobać politycy wmówili Wam i Waszym rodzicom, że dyplom jest tożsamy z posiadaniem wiedzy i umiejętności. [...] Teraz jesteście oburzeni, bo uważacie, że należy się Wam praca. Pracy jest wiele, ale nie ma ludzi potrafiących ją wykonać. [...] Nie liczcie, że tę sytuację zmienią naukowcy lub politycy. Profesorowie na ogół mają się dobrze, ratunek na uzdrowienie polskiej edukacji widzą głównie w podniesieniu płac. Politycy ewentualnie powołają specjalne komisje, które opracują programy naprawcze do roku 2050. Przemysł potrzebuje fachowców do bieżącej produkcji; gdy zmieni się technologia i nie będziecie w stanie się przystosować, chętniej zatrudnią młodszych i tańszych.

Profesor ma, niestety, rację (chociaż Maciej Łapski z Praktyki Teoretycznej się ze mną nie zgodzi). Miejsca oferowane na studiach nie mają nic wspólnego z potrzebami rynku pracy, wszystko mają za to wspólne z tym, gdzie pchają się studenci. Umowy śmieciowe oferowane owym nie mają nic wspólnego z fair play i słusznym traktowaniem, wszystko za to z mitycznym wolnym rynkiem, który według liberałów jest najlepszym lekiem na całe zło. Maciej Łapski dramatycznie zapytuje:

[...] pozostaje się zapytać profesora Stanka, gdzie są te mityczne miejsca pracy dla młodych ludzi? W call center, ubezpieczeniach a może przy rozdawaniu ulotek? Czy w tym momencie fakt, iż jesteśmy do takiej pracy za mało przystosowani, świadczy o nas źle?

No, nie świadczy. Świadczy źle natomiast o całym systemie i naszej milczącej na niego zgodzie. To nie wina studentów, że studiują, a potem spodziewają się pracy. W wieku, w którym wybiera się studia nie wie się na ogół, czego się chce od życia, a tymczasem po studentach spodziewamy się, że dokonają wyboru determinującego praktycznie całą ich późniejszą praktykę zawodową. Ja swoje studia wybrałem poniekąd przypadkiem — matematyka na Politechnice Warszawskiej wydawała mi się wystarczająco zbliżona do informatyki, a informatyka wydawała mi się pociągająca. Po czym na trzecim roku dokonałem odkrycia, że matematyka jest dla mnie łatwa, ale mnie nudzi — i znalazłem pracę jako asystent grafika. Następnie zaś skończyłem studia, jednocześnie ucząc się projektowania, a potem spędziłem kolejne 13 lat jako wyżej wzmiankowany grafik ze stopniem magistra inżyniera matematyka.

Czy to czyjakolwiek wina, że spędziłem pięć lat na studiach, z których nigdy potem nie skorzystałem? Nie posunąłbym się do obwiniania kogokolwiek. Przed rozpoczęciem studiów zdawało mi się, że matematyka bardzo mnie interesuje — okazało się, że miałem w liceum świetnego, charyzmatycznego nauczyciela i dlatego mi się tak zdawało. Po studiach nigdy nikogo nie obwiniałem za swój wybór, a przy rozmowach kwalifikacyjnych matematyka bardzo mi się przydawała — wszystkich przyszłych szefów mój kierunek studiów bardzo interesował. A były to czasy, gdy WSZYSCY studiowali marketing i zarządzanie. Po czym Gazeta Wyborcza opublikowała wiele ciekawych artykułów o tym, jak to absolwenci marketingu i zarządzania oddają się malarstwu pokojowemu, konserwowaniu powierzchni płaskich i tym podobnym głęboko intelektualnym zajęciom związanym z ich kierunkami studiów. Ja zaś przechodziłem z jednej pracy do drugiej, lepiej płatnej.

Czy wszyscy absolwenci marketingu i zarządzania wybrali studia dlatego, że planowali zmarnować pięć lat i spędzić życie na narzekaniu na swój błędny wybór? Istnieje niewielka możliwość, że wybrali je, ponieważ były to studia reklamowane jako „pewna praca po zakończeniu studiów”, „najmodniejszy kierunek ostatniej dekady”, „nasi absolwenci zarabiają trzy średnie krajowe”, etc. Bardzo mało, wydaje mi się, jest osób, które postanowiły studiować marketing i zarządzanie, gdyż ich serduszko mówiło im, że muszą koniecznie marketingować i zarządzać i nic innego nie da im pełnego spełnienia. Czy fair jest stwierdzenie, że głupio wybrali? Czy fair jest stwierdzenie, że to wina profesorów? Pracodawców? Balcerowicza osobiście?

Zbudowaliśmy sobie system, który przestał właśnie działać, a my się powoli zaczynamy orientować, że ta chwila nastąpiła. Nie sposób znaleźć szewca, brakuje murarzy, pielęgniarek, brakuje programistów Javy, brakuje kowali (to ostatnie, rzecz jasna, wiem z doświadczenia). Tymczasem nastoletniej młodzieży sugeruje się głównie: 1. karierę w reality szołach, 2. prawo, 3. psychologię i coaching. Osoby, które TERAZ zostają coachami czy prawnikami, mają szanse na karierę i pieniądze. Osoby, które za 5 lat zakończą studia, odkryją, że przez poprzednie 5 lat inni pokończyli studia pierwsi, zapchali rynek i nie ma więcej zapotrzebowania na psychologów. Ilu dziennikarzy skończyło dziennikarstwo? Ilu absolwentów filologii polskiej pracuje w zawodzie? Na Uniwersytecie Śląskim, informuje mnie artykuł z 2008, najwięcej osób chciało wtedy studiować reżyserię. Spodziewam się, że kierunek nie został natychmiast potem zamknięty, a reżyserię można studiować też w innych szkołach. Ilu jest w Polsce zawodowo czynnych reżyserów?

Wspomniany artykuł z 2008 kończy się słowami:

Prawda jest taka, że młodzi ludzie stoją na bakier z matematyką. Poziom wiedzy jest zatrważający. Nie ma więc mowy, by absolwenci szli na politechnikę, jeśli nie czują się na siłach w ścisłych przedmiotach. Po drugie młodzi nie wiedzą, co będzie się liczyło na rynku pracy za 5 lat – mówi Janusz Kupidłowski, doradca personalny.

Czyja to wina, że nie wiedzą i czyja, że stoją na bakier z matematyką? Złe mózgi mają? Trzeba ich odstrzelić? Zmusić, aby pokochali i zrozumieli matematykę? Jak?

Ruch Occupy ma na celu wytłumaczenie rządzącym, że zbudowany przez nich (i przez nas wszystkich, tak naprawdę, nawet jeśli ograniczamy się do biernego oglądania wiadomości… może zwłaszcza, jeśli się do niego ograniczamy) system powoduje, że 99% obywateli pracuje dla dobra 1%. Co gorsza, coraz trudniej jest zrobić tę słynną karierę typu amerykański sen, bo 1% przekazuje majątki dzieciom. Wojen nie ma, bogactw nikt nie konfiskuje, a liberałowie naciskają na podatek liniowy — czyli, de facto, na utrwalenie struktury, w której 1% posiada 90%, a 99% posiada 10% bogactw światowych. No i, rzecz jasna, TINA — czyli There Is No Alternative. Z tym pogodziliśmy się tak dawno, że kiedy teraz pojawiają się protesty przeciw stanowi obecnemu, nikt oprócz populistów nie widzi sposobu na zaspokojenie żądań protestujących.

Agnieszka Mitraszewska na wyborcza.biz:

Gdy skończyła się zimna wojna, mechanizmy rynkowe jakoś samoistnie stały się przedmiotem kultu. Od czasu, gdy Margaret Thatcher i Ronald Reagan przekonali świat, że rynek to klucz do dobrobytu i wolności, nikt nie miał odwagi tego podważyć. Dziś coraz częściej zastanawiamy się, gdzie leżą jego granice. Kryzys, który przyszedł w następstwie nadmiernego zaufania do rynków, nauczył nas podejrzliwości. Przyszedł odpowiedni czas – pisze Michael J. Sandel – żeby zastanowić się, na ile chcemy pozwolić rynkowi rządzić naszym życiem. Potrzebna jest publiczna debata na ten temat. Dlaczego jednak mielibyśmy się martwić tym, że wszystko można kupić? Czy to coś złego? Tak – odpowiada Sandel – a powody są dwa: nierówność społeczna i korupcja.

Jeśli za wszystko trzeba płacić, życie staje się niewspółmiernie cięższe dla osób o niezbyt zasobnych portfelach. Im więcej trzeba kupować, tym bardziej istotna staje się zamożność. Tak dalece, jak różnice w dochodach decydują jedynie o luksusowej konsumpcji, nie mają wielkiego znaczenia. Ale gdy chodzi o rzeczy naprawdę istotne, takie jak zdrowie, bezpieczeństwo, edukacja, implikacje są dużo poważniejsze.

Po cichu marzę, że kryzys wybudzi ludzi z marazmu, pogodzenia z losem i wydawania zarobionych pinionszków na produkty Apple, Nike, Adidasa, Coca Coli i MacDonalda. (Piszę to, rzecz jasna, na moim iMacu.) Potrzebujemy jednej z dwóch rzeczy — albo rewolucji, albo pogodzić się z tym, że 1% będzie coraz bogatsze, a 99% coraz biedniejsze. Za kryzys nie zapłacili dyrektorzy banków, właściciele biur maklerskich i partnerzy w spółkach prawniczych, zapłacili za niego szeregowi pracownicy w tych i innych instytucjach, bo przecież tradycyjnie tak jest, że dyrektor musi być bogaty, a pracownik niekoniecznie. I to też będą musiały zrozumieć tysiące osób studiujących prawo — owszem, przywykliśmy do tego, że prawnicy są bogaci, ale przecież nie może być tak, żeby na jednego ubogiego obywatela przypadało trzech bogatych prawników. Nie bez powodu 1% nazywa się 1%, a 99% — 99% i nie odwrotnie.

A może rozwiązaniem jest powrót do tradycji i dawno sprawdzonych rozwiązań? Zakaz pracy dla kobiet, podział na szlachtę i lud pracujący dla szlachty za utrzymanie, grosze i iPady? Może to 1% powinna się zbuntować i zażądać, aby bydło przestało się niesłusznie domagać darmowej edukacji, opieki medycznej i tym podobnych pierdół na które wszakże nie zasługuje, gdyż nie rozumie matematyki?

(Ciąg dalszy — o części obyczajowej — nastąpi.)

Poseł Platformy chce małżeństw gejowskich!1!!

Wstaje człowiek rano, a tu go przy śniadaniu atakuje poseł Tomczak.

„Projekt ustawy o związkach partnerskich oprócz treści społecznie szkodliwych zawiera błędy prawne” - uważa Jacek Tomczak. Według posła PO „nie przez przypadek konstytucja nie wspomina o konkubinatach czy o partnerskich związkach jednopłciowych”.

Konstytucja nie wspomina również o kanapkach z mortadelą, kotach, filmach Barei oraz pralkach automatycznych. Czy mógłby poseł powiedzieć, które z powyższych jego zdaniem są treściami społecznie szkodliwymi, a które to błędy prawne?

Jacek Tomczak na łamach „Rzeczpospolitej” pisze, że „wyłącznie małżeństwo daje gwarancję stabilności związku i relacji między małżonkami”. Od poczęcia aż do naturalnego rozwodu kościelnego. Nie wiem, czy się zgodzić. Jeśli się zgodzę, to tylko dlatego, że też uważam, że bardziej polskim LGTB potrzebne są małżeństwa jednopłciowe, niż jakieś kadłubki związkopodobne. Z drugiej strony, kilka przykładów trwałych małżeństw, o których mogę pomyśleć, to małżeństwa Britney Spears (55 godzin), Kim Kuntrashian (72 dni), Elizabeth Taylor (oooch, gdzie tu zacząć) i Ludwik Dorn (chwilowo w trzecim stabilnym związku, ale sprawdźmy ponownie pod koniec tygodnia). Za to nietrwałe związki wyglądają na przykład tak.

Couple

Te oto rozpustne slutki były ze sobą przez 23 lata, zanim udało im się wziąć ślub.

Couple

Widoczny powyżej niestabilny związek bez relacji między małżonkami spędził razem ponad 40 lat. Jeden z panów obawia się, że wskutek posiadanego Alzheimera nie będzie w stanie rozpoznać swojego ukochanego, gdy wreszcie ćwoki podobne do posła Tomczaka łaskawie przyzwolą mu, aby go poślubił.

Couple

Tej pary nie chce mi się podpisywać, niech poseł Tomczak coś powie o niestabilnych związkach i społecznej szkodliwości.

Tekstów o tym, jak to w Polsce prosto można dziedziczyć w ramach związku nieformalnego i o tym, jak to prosto partnera odwiedzić w szpitalu po podpisaniu dokumenciku nie będę komentować, bo wzbudzają we mnie agresję. Szkoda, że poseł Tomczak nie spróbował, jak to w rzeczywistości wygląda, ile trwa, ile kosztuje i jak bardzo szpitale taki dokument honorują. Albo, ile wynosi w wypadku pary niepozostającej w związku małżeńskim stawka podatkowa. [Edit: odkryłem właśnie, że Tomczak jest notariuszem. Co oznacza, że wie, ile kosztuje tworzenie takich dokumentów, i że bardzo go to cieszy.]

Co do stabilności, w tym temacie Jacek Tomczak jest ekspertem. Nie ma jeszcze 40 lat, a już przysięgał wierność ZChNowi, PiSowi, PJN oraz Platformie. Panie pośle, po co się tak ograniczać? Jeszcze w kilku partiach posła nie było! Może na początek LPR… ach nie, LPR ostatnio niepopularny, za mało pinionszków i za mało popularności w mediach, źle by tam posłowi było.

Ten projekt jest wprost sprzeczny z oczekiwaniami konserwatywnego elektoratu PO. Dlatego tak ważne jest, aby wszyscy, którzy mają świadomość znaczenia i roli rodziny w życiu państwa, odważnie i jednoznacznie przekazywali swoje opinie parlamentarzystom.

Tak poseł kończy. E-mail posła: Jacek.Tomczak@sejm.pl. Może byśmy mu odważnie i jednoznacznie powysyłali trochę opinii? (Bez wulgaryzmów proszę.)

*

Tymczasem w Holandii upadł rząd. Nareszcie.

Tutejszy Korwin w końcu pożarł się z tutejszym Kaczyńskim i tutejszym Giertychem o jeden raz za wiele i koalicja nie wytrzymała. Jeśli cokolwiek zaskakuje, to to, że wytrwali aż dwa lata — doświadczenia, chociażby polskie, wskazują, że związki między prawicowcami i liberałami cechują się niską stabilnością.

Szkoda mi trochę, bo właśnie się zbieram powoli do wystąpienia o paszport, za półtora tygodnia egzamin z języka, a tu mi rząd za szybko upada i nie zdążę zagłosować przeciwko Markowi Rutte. Który naraził mi się bardzo wiele razy. Gorzej, że nie do końca wiem, na kogo miałbym głosować. Job Cohen, przewodniczący Partii Pracy, nie sprawdził się jako przywódca opozycji, bo do tego trzeba mieć specyficzne zdolności — raczej typowe dla charyzmatycznego kaznodziei, niż skutecznego managera. Tak więc Cohen odszedł ze stanowiska, a na jego miejscu od miesiąca znajduje się Diererik Samsom, który jest postacią tak wyrazistą, że musiałem aż sprawdzić w wikipedii, czy na pewno już go wybrano, czy nadal się tylko ubiega.

Polska idzie śladem Stanów Zjednoczonych, budując dwie wielkie przeciwstawione sobie partie, które mają bardzo podobne programy, z wyjątkiem pięciu procent różnic nie do pokonania (np. Smoleńsk) i jedna z nich jest nieco mniej kompromitująca za granicą. Obydwie są partiami prawicowymi, obydwie kochają Kościół (choć oczywiście na swoje jakże wyjątkowe i odmienne sposoby), obydwie są dla mnie nie do zaakceptowania. W polskich wyborach ogólnie nie głosuję, bo uważam, że za długo mieszkam za granicą i nie powinienem się mieszać w wewnętrzne sprawy kraju-raju. Jest to doskonałą wymówką, aby nie marnować czasu na jazdę do ambasady i agonizowanie nad arkuszem w temacie „który z nich najmniej mnie brzydzi”.

W Holandii mam do wyboru trzy partie, które w bardzo dużym stopniu spełniają moje wymagania polityczne. Są to GroenLinks (Zielona Lewica), D66 (Demokraci ’66) oraz PvdA (wspomniana Partia Pracy). Wszystkie trzy są lewicowe (D66 teoretycznie centrowa, ale zgódźmy się, że polska lewica jest sporo na prawo od niderlandzkiego centrum), poglądy ważne dla mnie mają zbliżone, różnią się głównie rzeczami mniej dla mnie istotnymi. Niestety, wskutek rozdrobnienia niewiele mają tak naprawdę w parlamencie do powiedzenia, z wyjątkiem PvdA.

Kto będzie nowym premierem, za wcześnie wyrokować. Odrobinę przeraża mnie zasugerowana przez znajomego możliwość, że będzie to przywódca Partii Socjalistycznej — nie mam nic przeciwko socjalistom, ale nie bardzo ich widzę na czele kraju po kostki w kryzysie ekonomicznym (częściowo dzięki wybitnym decyzjom rządu liberała Rutte). Sondaże wskazują, że nowa koalicja może okazać się niemożliwa do zbudowania. Na czele nadal VVD Ruttego, ale po nieudanych rozmowach z 2010 i ostatecznym stworzeniu koalicji z katolikami i naziolami ich zdolność koalicyjna nieco się ograniczyła…

Tak więc w Holandii kryzys polityczny, a w PO-lsce moralny, gdyż konserwatywny elektorat nie chce ustawy o związkach partnerskich. I jak zwykle nikomu nie przyjdzie do głowy spytać, co kogo obchodzi zdanie konserwatywnego elektoratu na temat ustawy, która go nie dotyczy, nie ma nań żadnego wpływu i niczego w życiu posła Tomczaka i jego przybocznych nie zmieni.

Elfy, trolle, zbrojmistrze i kowale

Dowiedziałem się wreszcie, jak będzie wyglądać moja sytuacja finansowa w nadchodzących miesiącach (jeśli, rzecz jasna, nic się nie zmieni). Będzie wyglądać fatalnie. Co poprawiło mi humor.

Jedyne, czego nienawidzę, to niepewność, co się wydarzy, kiedy i czym mnie zaskoczy. Brak danych uniemożliwiał mi robienie planów, teraz dane posiadam, są kiepskie, ale pozwalają planować przyszłość. Widok bardzo niskiej liczby na moim koncie gwałtownie mnie uszczęśliwił, dał kopa w cztery litery i spowodował natychmiastowe rozpoczęcie planowania nadchodzących tygodni. WRESZCIE mogę to robić, bo wreszcie wiem, na czym stoję.

Przez 3-4 miesiące nie mam się czym specjalnie martwić, co daje mi możliwość powolnego rozważania jednej z dwóch możliwości — założenie firmy vs spokojne szukanie pracy na 3/4 etatu, pozwalającej mi trenować kowalstwo. Pierwsze pociąga mnie bardziej, ale niesie za sobą więcej ryzyka, po części również dlatego, że jak Marian Keyes miewam niekiedy kłopoty ze skupieniem się na pracy, jeśli odbywa się ona w domu. Drugie zaspokaja moje potrzeby w dziedzinie np. posiadania ubezpieczenia zdrowotnego, z drugiej strony jednak… nie za bardzo mam ochotę mieć szefa. No i jednoosobowe firmy mają tu bardzo korzystną sytuację finansową, w odróżnieniu od pracowników etatowych.

Uprawiam w tej chwili poliamorię, będąc zakochanym #miłościąpo30 jednocześnie w Zbrojmistrzu i kowalstwie. Rzadko myślę, bądź mówię o czymkolwiek innym, niż ta dwójka, oraz muzyka (w której jestem zakochany od zawsze i nie widzę szans na zmianę tego stanu rzeczy). Potrzebuję częstszych treningów w kuźni niż jeden dzień w tygodniu. Potrzebuję widywać Zbrojmistrza, w miarę możliwości, bez przerwy. Potrzebuję też czasu na pracę nad remiksem dla holenderskiego artysty, produkcją płyty holenderskiego duetu, własną płytą, a dodatkowo parę dni temu spotkałem się z greckim reżyserem, który zrobi mi nowy teledysk, a ja nagram muzykę do jego filmu dokumentalnego. Nie zapominamy rzecz jasna o siłowni. No i (rzadszych teraz) randkach. HELP. To się nazywa, że ja jestem oficjalnie bezrobotny i mam dużo czasu. Nie pojmuję, skąd się biorą ludzie, którzy potrafią się nudzić. W życiu nie byłem tak zajęty!

*

Wybraliśmy się ze Zbrojmistrzem na targi fantasy o nazwie Elf Fantasy Fair.

W ogóle nie wiem, czy określenie „targi fantasy” jest adekwatne do tego, czym ta impreza jest. Po terenie wielkiego parku z zamkiem pośrodku spacerowali rycerze, wróżki, trolle, elfy, ogry, wampiry, królewny, hrabiowie, magowie, egipscy książęta, demony, punki zwykłe i cyber, anarchiści, squattersi, żołnierze wszelakich epok od średniowiecza do wieku na oko XXIII, co najmniej dwie Lady Gagi, a pośrodku tego Zbrojmistrz i ja, w kostiumach jego produkcji.

Za co my byliśmy konkretnie przebrani, trudno wyczuć — kilty z ciężkiej skóry, glany, koszule z gumowanej bawełny, a na głowach wybitnie wyrafinowane maski.

Oczywiście nie obyło się bez napastowania kowali, którzy byli obecni w niezbyt wysokiej liczbie dwóch. Czech nie był zbytnio skory do rozmowy o czymkolwiek oprócz pieniędzy, za to Holender był sympatyczny, wyglądał jakby miał za sobą parę lat mieszkania w squacie i roześmiał się serdecznie na widok mojej wizytówki, na której widnieje stylizowana na socrealizm ilustracja przedstawiająca Jors Truli z wielkim młotem. Możliwe, że spotkamy się niedługo, bo Holender, jak się okazuje, też udziela kursów — muszę się dowiedzieć, na jakim poziomie zaawansowania. Poniżej widoczna przenośna kuźnia, wraz z miechem — przy której Holender w wolnych chwilach pracował, wykonując bransoletki z cienkiego metalu. (Tego się na przykład mogę nauczyć…)

Więcej zdjęć tutaj.

*

No i na koniec ogłoszenie parafialne: dopieściłem nieco wygląd blogaska, dorobiłem blogrolkę, poprawiłem polszczyznę (że też nikt się nie natrząsał z anglojęzycznego WordPressa… dziękuję Wam, dobrzy ludzie!), dorzuciłem nowe obrazki do nagłówka. Wygląda to dobrze we wszystkich przeglądarkach na moim Macu, jeśli ktoś odkryje problemy (zwłaszcza w Exploderze) bardzo proszę o informację.